MORSKIE OKO W ÓSMYM KARPACKIM FINALE WOŚP


Jak to się stało, że tym razem zajmujemy jedenaste miejsce pod względem uzbieranych pieniędzy?

My, którzy dwa i trzy lata temu plasowaliśmy się w ścisłej czołówce? Trochę przykro i dziwnie... ale cóż... To chyba zgodnie z ewangelicznym: „Ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi” i to uczy pokory, a także spojrzenia z dystansem.

Wydaje mi się, że uczestnictwo w tej wielkiej, szlachetniej akcji, jaką jest WOŚP, samo w sobie jest już sukcesem, a finalna kwota 64.000 zł, którą „ugrały” wszystkie sztaby Karpackiego Finału jest też i naszym udziałem. I to się liczy!

A także ten czarowny świat zimy w najpiękniejszej górskiej scenerii Tatr! Jakże inny od tegorocznej smutnej szarości miast „na północ od Myślenic”. To właśnie mocno „zagrało” w Ósmym Karpackim Finale i pozostanie w naszych sercach na długo.

Jak zawsze, tak i teraz pięknie „zagrała” serdeczność Gospodarzy schroniska w Morskim Oku, ich hojne wsparcie materialne samej kwesty, jak i gościnność i pomoc dla nas, wolontariuszy. To właśnie jest to wielkie serce, powielane w niezliczonych małych, czerwonych przylepianych serduszkach, których ostateczny efekt prowadzi do sal szpitalnych i pozwala małym pacjentom mieć nadzieję na wyzdrowienie i tę nadzieję realizować.

A więc – jak to było?

W sobotę docieramy – Basia i ja - z Krakowa do zakopiańskiej siedziby TPN przy Rondzie, gdzie o godz. 9.00 odbywa się szkolenie TPN dla przewodników tatrzańskich na temat znaczenia wody w turystycznym zagospodarowaniu Tatr. (Jakie to ważne dla wszystkich ceprów!) Jako przewodnik chcę zaliczyć to interesujące szkolenie, a następnie odbieramy paczkę czasopism „TATRY” - dar TPN u dla Orkiestry. - DZIĘKUJEMY!

Około 11.30 jedziemy na Palenicę Białczańską, skąd nieoceniony pan Andrzej, kierowca auta zaopatrzeniowego z Morskiego Oka podwiezie nas już w pełnym składzie – wraz z Asią z Gdańska, którą „zgarnął” z dworca PKP - do schroniska. DZIĘKUJEMY!

Kolejne podziękowania w tym miejscu dla ekipy pracowników parkingowych na Palenicy! Zgadzają się na bezpłatne parkowanie do niedzieli – to ich dar dla Orkiestry! DZIĘKI !

A więc jazda autem - jak dobrze się siedzi pomiędzy rozlicznymi pakunkami i plecakami – i podziwia widoki... słońce oślepia, śnieg się skrzy, drzewa i góry białe... - tak to rozumiem – 9 km. szybko mija.

W schronisku gwar, ciepło, swojsko, gościnnie..., uściski rąk, powitania z Gospodarzami. A ze ścian patrzą z fotografii Wielcy Ludzie Gór i Ten Największy w białej szacie...Dobrze tu być znowu, nic się nie zmieniło.

Sępimy się” na „nasz stół” przy choince, aby tam – jak zwykle - zainstalować kącik Orkiestry. Wreszcie udało się! Turyści skończyli jeść, odchodzą, więc do dzieła. Rozkładamy na stole dary, rozwieszamy plakaty Orkiestry, lepimy puszki, identyfikatory dyndają na szyjach, fajnie....

I oto pierwsi darczyńcy – zdjęcie upamiętnia dziewczynę i chłopaka inaugurujących kwestę. DZIĘKI! I tak się dalej kręci pomału, są następni darczyńcy i kolejni... Ruch jest duży, ale zainteresowanie sklepikiem średnie. Turyści konsumują i wychodzą, pewnie się śpieszą żeby przebyć te 9 km do parkingu przed zmrokiem.

Za jakiś czas i my wychodzimy we dwójkę na jezioro, Asia zostaje przy sklepiku. Jak pięknie na zaśnieżonej tafli jeziora, pusto, nikogo nie ma. Zapada zmierzch, dotychczas ostro widoczne góry zacierają swe kształty, nachodzi mgła. Jaka cisza i majestat Gór! To jest właśnie TO!

Po powrocie sala jadalna już prawie pusta.

Wieczorem goście schroniskowi to głównie wspinająca się młodzież, taternicy i turyści wysokogórscy, tacy, co to „kasy” nie mają , nie ma więc po co robić licytacji, oni już swoje wrzucili do skarbonek. Więc i my pomału zbieramy się spać, jako że zmęczenie daje się we znaki.

Niedziela przynosi zmianę pogody za słonecznej na zamgloną z opadami śniegu. Też pięknie, ale widoczność marna. To właśnie chyba ta pogoda oraz zakopiańskie, głośne uroczystości „Orkiestrowe” zatrzymują turystów na dole. Coś mało ich przybywa, skarbonki rzadko brzęczą lub szeleszczą wkładanymi weń banknotami. A szkoda...

Nieco przed południem idziemy we dwójkę pokwestować do wozaków na Włosienicę. Po drodze „wydzwaniamy” do idących turystów – przeważnie z pozytywnym efektem. Wstępujemy do baru na Włosienicy – kompletnie pusto. Gospodarz pociesza naszą skarbonkę banknotem, a nas gorącą , pyszną kawą. DZIĘKUJEMY!

Idziemy do wozaków. Konie przykryte derkami posilają się siankiem. „Dajcie co na Orkiestrę, panowie!” No i spoko, coś tam dają! DZIĘKUJEMY!

Wracamy prawie na czas obiadu. Kwaśnica + kotlet smakują rewelacyjnie! To gratis od Kuchni. DZIĘKUJEMY!

W międzyczasie Asia sprzedała jeszcze trochę rzeczy ze sklepiku, wciąż puszki „brzęczą”. Najbardziej wzruszające są dzieci, np. mała Ula z Łapsz Niżnich wrzuca wszystkie swoje oszczędności do skarbonki. Inna dziewczynka to Haneczka , wnuczka Gaździny Schroniska, pani Marii. Jej rączki wpychają do skarbonki grube banknoty z utargu z kuchni. To już tradycja, że te najsmaczniejsze tatrzańskie szarlotki wchodzą niejako do skarbonek w postaci banknotów stuzłotowych. Niesamowite! DZIĘKUJEMY raz jeszcze!

Już pora się zbierać. Końcowe pamiątkowe zdjęcia , podziękowania i serdeczne pożegnania. Do widzenia, Przyjaciele, pewnie pokwestujemy też za rok...

Kawalerska jazda niezmiennie upchanym autem schroniskowym po mocno zaśnieżonej drodze jest urocza. Na Palenicy odśnieżamy nasze auto, dajemy serduszka gospodarzom i … w drogę – na wyciągi w Jurgowie i Czarnej Górze. Tam – wzorem lat ubiegłych chcemy „doładować” nasze skarbonki. Jednak – niestety - okazuje się, że nam się to nie uda. Byli przed nami lokalni wolontariusze. Pozostali nieliczni narciarze i nagabywani przez nas pracownicy wyciągów już spełnili swój obowiązek. Widać, że aktywizują się lokalne środowiska – to dobrze.

Więc do widzenia. Jedziemy już do domu, po drodze wstępując na wyciągi Białki Tatrzańskiej, gdzie zabieramy samego Szefa Karpackich Finałów– Kubę wraz z Magdą z Gdańska. Witają nas mową wierszowaną. A co to? Oni po prostu cały dzień gadają wierszami i brzęczą dzwonkami. Widać to skuteczne, bo zapełnili 4 skarbonki, których efekt potem okaże się powalający. Ale czad! Do Krakowa docieramy o 21.20. można jeszcze pójść do Św. Anny na Mszę. Też dobrze.

Żegnamy się. Do następnego Finału – Drodzy Przyjaciele.


Barbara Majkowska